wtorek, 25 stycznia 2011

Mój 12-dniowy pobyt u Ammie

Ta notka będzie opisem całych moich wakacji, które spędziłam z rodziną Ammie. Dwie poprzednie notki były szczegółowe, o tych najważniejszych wydarzeniach... Ale w pozostałe dni też się nie nudziłam, o nie!

Myślę, że dobrze by było gdybym przedstawiła pierwszoplanowych bohaterów mojej opowieści. Ammie, jak już wiele razy wspominałam, jest exchange studentką w Polsce. Dotarła tam dwa dni temu! Gyd byłam w Newcastle pracowała w dwóch miejscach, po 9 godzin dziennie, więc nie widziałam jej zbyt często... Ale i tak, chwile, które spędziłyśmy razem, utwierdzają mnie w przekonaniu, że jak wrócę do Warszawy, będziemy się świetnie bawić! Naprawdę dobrze się z nią dogaduję. Zresztą, tak samo mam z całą jej rodziną...
Liam, to czternastoletni brat Ammie. Trenuje piłkę nożną, ale lubi sport każdego rodzaju. Mam nadzieję kiedyś go zobaczyć, gdy surfuje! Liam zawsze ma do powiedzenia coś śmiesznego, albo robi coś, co rozśmiesza wszystkich dookoła. Nie można się z nim nudzić.
Kathleen – mama Ammie. Akurat była na urlopie gdy z nimi mieszkałam, więc zajmowała się mną i Danielą. Jest bardzo opiekuńcza, zawsze miała dla nas gotowe ręczniki i wodę w butelkach, gdy wybierałyśmy się na plażę. Pamiętać: co dwie godziny należy nakładać nową warstwę kremu z filtrem UV. Ale ogólnie Kathleen jest urocza, w wielu względach znalazłam w niej bratnią duszę. Zapamiętała parę słówek po polsku (raz pokręciła lodówkę z lustrem i wyszło „Lodustro“). I wyściskała mnie bardzo mocno, gdy wsiadałam w pociąg do Merriwy.
Brad – tata Ammie. Pracuje gdzieś tam chyba w ochronie w nowym centrum handlowym w Charlestown, Newcastle. Kocha sport. W dni robocze, codziennie chodzi na siłownię, a w weekendowe poranki pływa w basenie przy oceanie (to taka prostokątna część oceanu, oddzielona betonem... w sensie basen w oceanie, w Merewether, Newcastle). Brad lubi żartować i się wygłupiać, szczególnie z Liamem.
Kuta i Indy – dwa sznaucery Spence’ów. Bardzo posłuszne! Indy jest dość stary, ale Kuta jest szczeniakiem. Na pierwszy rzut oka trudno je rozróżnić, ale Kuta ma przekrzywiony ogon. Raz wzięłam Kutę na spacer na plażę. Przybiegał na każde moje zawołanie!
Daniela, to exchange studentka z Meksyku. Spence’owie to jej host rodzina. Przyjaźni się z Idoią z Hiszpanii i Alex ze Szwajcarii. Trochę znudziła się plażą po tym, jak zaciągałam ją tam każdego dnia!

No, to co tam się działo oprócz Sylwestra w Sydney i moich dwudniowych urodzin... O. Surfing.



Tu mam dużo do napisania! Spence’owie obiecali mi, że pouczą mnie surfingu, jako że Ammie, Liam i Brad potrafią stanąć na desce. A Kathleen zna podstawy. Dlatego mama Ammie zabrała mnie na plażę jednego pochmurnego poranka. Blacksmith Beach uchodzi za plażę z najmniejszymi falami.


Podjechałyśmy tam i stwierdziłyśmy, że jest nieźle, więc wzięłyśmy deski. Najpierw Kathleen pokazała mi jak stanąć na desce – ćwiczyłyśmy na piasku. Po jednym razie już miałam wejść do wody... Jestem pewna, że aż zbladłam ze strachu. Fale może nie były ogromne, ale, jak się okazało, były... miażdżące. Kathleen kazała mi się położyć na desce, akurat nadchodziła „idealna“ fala i popchnęła mnie do przodu. Nie wiedziałam co robić, od razu znalazłam się pod wodą, deska popłynęła w zupełnie inną stronę, nie udało mi się wydostać głowy z pod wody przed brzegiem, jakieś 30 sekund! I got smashed, jak to później mówiłam. Wyszłam z wody, zmarznięta, roztrzęsiona, cała w piasku. Jak mówię „cała“ myślę naprawdę cała, czułam piasek w buzi i miałam go mnóstwo nawet w uszach. Nic przyjemnego. Piękny surfing, tak? Zażartowałam, że powinnyśmy raczej pójść surfować na jeziorze.

Tu tego nie widać, ale fale były duże!


I tak zrobiłyśmy! Fal tam nie było żadnych, ale zabawa przednia. Opanowałam stanie na desce. If you look down, you’ll fall.

Lake Macquarie












Tydzień później wzięłam udział w prawdziwej lekcji surfingu, w Redhead Mobile Surf School. Brad i Kathleen mnie namówili, powiedzieli, że będzie zupełnie inaczej niż z Kathleen, że będzie paru doświadczonych instruktorów, którzy powiedzą mi co robić. I to był fantastyczny pomysł. W mojej grupie początkujących byłam najstarsza, co dodawało mi odwagi. W miejscu, gdzie pływaliśmy, ocean był PEŁNY glonów i tych wszystkich nieprzyjemnych roślin podwodnych. Najpierw mieliśmy długą lekcję teorii, na lądzie, potem probowaliśmy pływanie na fali (leżenie na desce i pływanie z falą do brzegu), później następna lekcja teorii, a na końcu próbowaliśmy stanąć na fali. Gdy pierwszy raz stanęłam na więcej niż 2 sekundy, zapiszczałam z radości! Byłam taka szczęśliwa, nawet nie wiecie jak to poprawia humor. Słyszałam też radosne okrzyki Brada z brzegu i Liama, który nurkował w wodzie parę metrów ode mnie. Yaaay! Udało mi się stanąć na desce na dłuższy czas dwa razy. Nie spodziewałam się, że po dwóch godzinach będę taka obolała... Jak już usiadłam na kanapie w domu, nie mogłam wstać. Poważnie. Przeleżałam caały wieczór. Mam nadzieję, że będę miała szansę stanąć na desce kolejny raz!!!







Pewnie pamiętacie jak w notce o moich urodzinach, wspominałam o planach pójścia na spacer na plażę w nocy w poszukiwaniu krabów. Zrobiliśmy to parę dni później. Około 21 założyliśmy świecące patyczki na obroże psów i zabraliśmy latarki. Spacer bardzo mi się podobał, na plaży w nocy było tak... nastrojowo. Znaleźliśmy parę krabów. Te kraby są nazywane „ghost crabs“, bo są tak białe, że prawie przezroczyste!
Nad brzegiem morze utworzyły się malutkie, metrowe, piaskowe klify, czyt. zjeżdżalnie. Hahaha, nie mogłam się oprzeć tej zabawie!
krab-duch

Ok. Jeden wieczór nazwaliśmy „meksykańskim“ , a Daniela rozporządzała w kuchni, gdy robiłyśmy tortille! Na początku miałyśmy z tym dużo problemów, ale liczy się efekt... Nie?


Wstawiam też jedno zdjęcie, tuż po skończeniu mojej urodzinowej Pavlovej. Przypominam: beza, bita śmietana i owoce. Mniam!


A, i nie mogę zapomnieć o spiders! Zawsze-działający-przepis na kopa energii w lato. Napój gazowany + lody waniliowe.



Raz pojechaliśmy do domu siostry Kathleen, która ma basen! Ku uciesze Danieli – ona o wiele bardziej woli basen od plaży, właściwie nie przepada za piaskiem i nie weszłaby do oceanu gdyby fale były większe od niej (i to ona mieszka 10 minut od plaży, haha).




Co do Danieli nie przepadającej za plażą: raz zabrałam ją na spacer. Popatrzcie sobie na zdjęcia plaży Redhead. Przypomina mi trochę plażę w Krynicy Morskiej, też są na niej wydmy...




Ta sama siostra Kathleen ma konia na obrzeżach Newcastle. Jednego poranka, gdy Daniela jeszcze spała, pojechałyśmy go odwiedzić (siostra Kathleen jest na wakacjach w Stanach i ktoś musi co jakiś czas pojeździć na koniu, żeby się nie nudził). Koń nazywa się Jack i jest śliczny. Po mojej ostatniej przygodzie na koniu, gdy to prawie z niego spadłam, teraz byłam bardziej ostrożna i nie pozwoliłam Jackowi nawet cwałować. Cieszę się, że umiem już „sterować“ koniem, jak najdziwniej to brzmi – nie wiem jak to inaczej nazwać...

ja na Jacku

Za to brat Kathleen i jego żona oczekują dzidziusia! Udało mi się załapać na baby shower, zresztą pierwszy w moim życiu. Było mnóstwo zabawy - same dziewczyny, słodkie ciasteczka z różowym lukrem i dużo gier typu: rysowanie tej rodziny za 20 lat, bingo ze słowami związanymi z dzieckiem, zgadywanie, jak duży jest brzuch przyszłej mamy itd....

Jednego popołudnia chciałam pojechać do tych basenów w oceanie w Merewether, jednak Ammie była od razu po pracy, zmęczona, więc w końcu zdecydowaliśmy się pójść na spacer na „rock pools“ tuż obok basenu. Ammie zna nazwę gatunku każdego najmniejszego ślimaka i innych morskich żyjątek, które można tam znaleźć. To było takie interesujące!


ślimakowe szlaczki

Hahahahahahaha. Zapomniałam o weselu. Idoia i Alex wzięły ślub... fikcyjny. Zaręczyny mnie ominęły, z miesiąc temu. To wszystko dla śmiechu. Daniela była fotografem, Marissa (Australijka która właśnie wyjechała do Hiszpanii na wymianę) była świadkiem, a ja, tuż przed wydarzeniem, zostałam zaszczycona rolą... księdza!!! Wszystkie ubrałyśmy się w adekwatne stroje, w host domu Alex znalazło się nawet przebranie dla mnie! Host mama Alex zawiozła nas do ładnej kapliczki (jak na ironię w ośrodku psychiatrycznym), gdzie odbyła się ceremonia. Nie mogłyśmy przestać się śmiać. Dzień z dziewczynami był bardzo udany, później poszłyśmy nad jezioro, żeby wskoczyć do wody. Rano było pochmurno i założyłam dżinsy, a potem dzień się rozpogodził i było około 30 stopni. Skończyło się na tym, że pożyczyłam szorty i okulary przeciwsłoneczne od Alex.:D Daniela i Marissa też pożyczyły od niej parę rzeczy.


ja i Marissa nad jeziorem
Jednego wieczoru zamówiliśmy fish&chips i zjedliśmy kolację na plaży. Czekaliśmy na zachód słońca... Nie zdążyliśmy obejrzeć go do końca, bo po parunastu minutach zaskoczyła nas ulewa! Za to, jakby to było wynagrodzenie, zobaczyliśmy dwie, prawie równoległe tęcze.












W przedostatni poranek mojego pobytu wstałam bardzo wcześnie, bo chciałam zobaczyć wschód słońca nad oceanem. Tak jak sobie wymarzyłam. Brad zawiózł mnie samochodem. Nie mogłam ukryć mojego rozczarowania, gdy okazało się, że jest tak pochmurno, że nie zobaczę ani promyczka wschodzącego słońca!!! Siąpił deszcz i było ponuro. A i tak spotkałam paru innych ludzi, z aparatami gotowymi do pięknych ujęć.


I tak nadszedł czas na poniedziałek 10 stycznia i musiałam powiedzieć „Goodbye, Redhead!“ Wyściskałam Kathleen i razem z Danielą wsiadłam do pociągu do Muswellbrook’u, skąd mieli nas odebrać Martin z Lesley. Bo Daniela odważyła się przyjechać na farmę na 5 dni, o czym w następnej notce...

Mój pobyt w Redhead był udany na 100%, cieszę się, że mogłam poznać wspaniałą rodzinę Spence’ów. Jestem pewna, że to nie moja ostatnia wizyta w ich domu (tak naprawdę byłam już tam raz od tego czasu). Ammie jest teraz w Warszawie i już nie mogę się doczekać, gdy będę mogła pokazać jej moje miasto!

wtorek, 18 stycznia 2011

Moje 17. australijskie urodziny

2/01/2011

Pierwszy raz w moim życiu moje urodziny wypadły nie w środku zimy, ale w środku lata. Nie zrozumiecie, jak bardzo się zmartwiłam, gdy wstałam 3 stycznia i zanosiło się na deszcz. Kathleen powiedziała mi, że to na szczęście. Za każdym razem, gdy w jej życiu działo się coś ważnego, wspaniałego, padał deszcz – czy był to jej ślub czy narodziny każdego z jej dzieci. Więc przestałam się martwić. Zła pogoda nie mogła zepsuć mojego humoru! Zaraz, zaraz, czemu 3 stycznia? Przecież każdy wie, że urodziłam się 2 stycznia 1994 roku i to zawsze był dzień moich urodzin. Takiej daty nie da się zmienić. Chyba, że... Urodziłam się parę minut po godzinie 21. Wtedy w Australii był już następny dzień... Czyli moje australijskie urodziny wypadają 3 stycznia!!!

Poprzedniego dnia, czyli 2 stycznia, rodzina Ammie zrobiła mi niespodziankę – po kolacji na stół wjechał czekoladowy tort własnej roboty, z 17 świeczkami! Pomyślałam życzenie, zdmuchnęłam... Nadszedł czas na ukrojenie pierwszego kawałka. Liam się przeraził. Tradycja głosi, że jeśli podczas początkowego krojenia tortu urodzinowego nóż dotknie talerza, trzeba pocałować najbliższego chłopaka – a był nim Liam. Modlił się, żeby udało mi się nie dotknąć! Zrobiłam to ostrożnie i brat Ammie odetchnął z ulgą.

3 stycznia spotkałam się z moimi paroma koleżankami na plaży Redhead. Do nas, czyli Ammie, Danieli i mnie, dołączyła Idoia (z Hiszpanii). Tam pograłyśmy w plażowego krykieta, ja razem z Ammie weszłam do wody (nie mogłyśmy się oprzeć pokusie i położyłyśmy się, całe mokre, na Idoię i Danielę, które się opalały :D). Zostałam też zakopana w piasku...

ucieszona ja, że obchodzę moje 17. urodziny na plaży w Redhead...
krykiet plażowy
Idoia, Ammie i... ja (fake smile)
Stwierdziłam, że to moje ostatnie urodziny w dzieciństwie, więc mogę trochę zaszaleć i pobawić się jak małe dziecko! Było świetnie. Ale to nie koniec. W południe wróciłyśmy na piechotę do domu, na grilla, gdzie dołączyła do nas Marissa (Australijka wyjeżdżająca do Hiszpanii). Moim tortem urodzinowym (następnym) była Pavlova, tradycyjne australijskie ciasto, które w gruncie rzeczy jest... bezą z bitą śmietaną i owocami. Sama ją zrobiłam! Mniam. Grałyśmy z dziewczynami w Wii, a potem w Twistera...













Idoia i Daniela musiały się szybko zmywać na mecz Jetsów (drużyna piłki nożnej w Newcastle), a ja z Ammie i Marissą wskoczyłyśmy do jaccuzzi w salonie i gadałyśmy o wymianach międzynarodowych, pakowaniu walizki na 12 miesięcy...

Wieczorem, gdy Marissa sobie poszła, prawie się wybraliśmy na plażę z latarkami, w poszukiwaniu krabów. Mówię „prawie“, bo rozpętała się burza i wyprawę przełożyliśmy na inny dzień...

Temat moich urodzin ciągnie się aż do dnia wczorajszego gdy to piszę, czyli 18 stycznia. Rekordowe urodziny! Świętowanie trwało 20 dni, hahaha. Wczoraj zupełnie niczego się nie spodziewałam... Helen, moja kochana counsellorka z Klubu Rotary, zaskoczyła mnie wieczorem na partners‘ night. Cała sala była udekorowana „Happy Birthday, Aggie“, kartkami ze słowami „Happy Birthday“ i nawet „Sto lat“ po polsku... Dostałam od Rotarianów prezent, piękny naszyjnik z czarnym opalem, do kompletu z kolczykami, które dostałam od nich na Gwiazdkę. Bill, prezydent Klubu Rotary w Merriwie, też miał dla mnie niespodziankę – z pomocą Dermota zaśpiewał „Sto lat“ po polsku! Mało brakowało, a umarłabym ze śmiechu. To szło jakoś tak: „Sto lat, sto lat, niek zygi-zygi-zygi damn...“ Na szczęście wszystko mam nagrane i jak wstawię na youtube, szybko prześlę Wam adres!!!!!!!

moje miejsce przy stole

razem z Michealem /Rotarianin/ i Jill /babcia Jodie/ dmuchamy świeczki
(oni też niedawno obchodzili swoje urodziny)
PS Podsumowując, urodziny obchodziłam 4 razy odkąd jestem w Australii, a świeczki na moim torcie dmuchałam 3 razy (pomyślcie ile życzeń musi mi się spełnić, licząc razem z tymi dwunastoma z sylwestrowych winogron i ze spadającą gwiazdą, którą zobaczyłam dwa dni temu... Ach!)

czwartek, 13 stycznia 2011

Sylwester – największe fajerwerki świata

Rodzina Ammie pomogła spełnić kilka moich marzeń – obok wyprawienia moich urodzin, zobaczenia wschodu słońca nad australijskim oceanem i lekcją surfingu, znalazł się wyjazd do Sydney w Sylwestra. Jedyna taka szansa... Tak się cieszę, że mogłam tam być i oglądać wspaniałe fajerwerki wraz z 1.7 mln innych ludzi!





Rano 31 grudnia wsiedliśmy w dwa samochody – ja z Danielą (exchange studentka z Meksyku), Ammie (exchange studentka do Polski) i Bradem (tatą Ammie) w jeden oraz Liam (czternastoletni brat Ammie) z Kathleen (mama Ammie) w drugi. Droga na przedmieścia Sydney zajęła nam 2-3 godziny. Potem wsiedliśmy w pociąg i dojechaliśmy pod sam Harbour Bridge. Już wtedy było sporo ludzi. Szybko zaszliśmy do warzywniaka po winogrona (o tym mowa później) i poszliśmy szukać dobrego miejsca.

Szybko odrzuciliśmy pomysł siedzenia pod samym mostem, bo mimo że tam był cień, a dzień był upalny, to nie zobaczylibyśmy dużo z fajerwerków. Po długich negocjacjach usiedliśmy na dwóch kocykach w parku na małym wzgórzu – po prawej stronie, około 100 metrów dalej, był Harbour Bridge, a po lewej stronie, po drugiej stronie wody – Opera w Sydney. Idealna miejscówa! I teraz czekało nas 12 godzin czekania...

Daniela, Ammie, ja, Kathleen, Brad i Liam na naszych kocykach
Poszliśmy na krótki spacer, rozważyliśmy pomysł wskoczenia do basenu w ubraniach (stanęło na: nie), pokręciliśmy się przed wejściem do wesołego miasteczka, które było zamknięte (ktoś je sobie zarezerwował na sylwestra!) i przepłynęłyśmy się promem na drugą stronę wody (do Circular Quey) i z powrotem, bo to było marzenie Danieli. Potem już nie mieliśmy siły, więc razem z Danielą i Ammie położyłyśmy się na trawie pod Harbour Bridge, gdzie był cień i wiał lekki wiaterek... Bardzo przyjemnie. W dodatku miałyśmy widok na Sydney Opera House! Później przyszedł Liam i Brad i zaczęliśmy grać we frisbee. Dookoła mostu zbierało się coraz więcej ludzi, na naszym trawniku robiło się tłoczno. Dzielnie trzymaliśmy naszego miejsca! Gdy słońce już tak nie prażyło, wróciłyśmy z dziewczynami na kocyk i wszyscy zaczęliśmy grać w karty...

po lewej Opera, po prawej Most
leżymy pod Harbour Bridge, a przed nami roztacza się widok na drugą stronę Sydney i Operę...
Daniela, ja i Ammie
Czas zleciał dość szybko i słońce zaszło. Zrobił się wieczór. O 21 miały być fajerwerki dla rodzin – żeby dzieci, zadowolone że widziały fajerwerki, poszły grzecznie spać. Zaczęliśmy się bawić takimi święcącymi pałeczkami. Nadszedł czas na pierwsze fajerwerki! Były piękne. Ale to i tak bez porównania z tymi o północy...

Po pierwszych fajerwerkach spróbowaliśmy się przespać – nadchodziła długa noc, planowaliśmy wrócić do domu tuż po fajerwerkach, bo Ammie zaczynała pracę następnego dnia w południe. Wydaje mi się, że jednak tylko Liam zasnął. A z tymi winogronami, to tradycja meksykańska. Podobna jest w Hiszpanii, gdzie z każdym uderzeniem zegara o północy w Nowy Rok trzeba połknąć jedno winogrono. Za to w Meksyku, przed połknięciem każdego z 12 winogron należy pomyśleć jedno życzenie! Oczywiście nie da się tego zrobić w sekundę, ale to też powinno być jak najszybciej. Więc parę minut przed 00:00 staliśmy, każdy z dwunastoma winogronami w ręku.


Tłum zrobił się niesamowity, ludzie z całego świata stali dookoła Harbour Bridge i Sydney Opera House, jak sardynki w puszce. Już nie będę wspominać o kolejkach do ToiToi... Bardzo międzynarodowych. Nawet na Harbour Bridge wyświetlano życzenia noworoczne w kilkudziesięciu językach (ominęli nasz! A spodziewałam się tam polskiego... Wstyd, Australio!)

(...) ludzie z całego świata stali dookoła Harbour Bridge i Sydney Opera House, jak sardynki w puszce.
*zachód słońca*
Nadszedł ten czas. Zaczynało się skromnie, potem z każdą minutą fajerwerki się rozkręcały. Były puszczane z Opery, Mostu Harbour i ze wszystkich najwyższych wieżowców w mieście. A, też z obydwu stron Harbour Bridge, z kilometr dalej. Cały pokaz trwał ze 20 minut. Finał był zupełnie NIESAMOWITY!!! Naprawdę, staliśmy z oczami skierowanymi w niebo, a nasze buzie same się otworzyły z niedowierzenia w ilość światła w ciemną noc.


Właśnie 3 minuty temu, gdy piszę tę notkę, Martin wparował do mojego pokoju z pożegnalnym prezentem – postanowili mi go dać teraz, bo bali się, że później mogliby zapomnieć... Jak ich znam, to pewnie tak by się stało. Podarowali mi piękne zdjęcie tegorocznych fajerwerków w Sydney!!! Hahaha, nawet nie wiedziałam, że wyglądały aż tak pięknie, bo z naszego miejsca nie mogliśmy objąć wzrokiem całego widoku... Dobrze, że poprosiłam Martina o nagranie całego wydarzenia w telewizji. Ale oni są kochani!

Wracam już do pierwszej godziny Nowego Roku. Zaraz po fajerwerkach zebraliśmy wszystkie nasze rzeczy i, półśpiący, skierowaliśmy się w stronę stacji kolejowej. Nie zaszliśmy długo. Wpakowaliśmy się w środek ludzkiego korka. Spróbujcie sobie wyobrazić jak milion ludzi przemieszcza się z jednego miejsca, do drugiego, wszyscy w tym samym kierunku, na tej samej ulicy... Młodsi, starsi, nawet dzieci w wózkach, ludzie przeróżnego wieku i narodowości. Przeż dużą czasu trzymaliśmy się wszyscy sześcioro za ręcę albo plecaki, żeby się nie zgubić.

Na szczęście jak już dopchaliśmy się do pociągu, nie było tak źle. Chyba zostaliśmy w tyle, bo pociąg nie był bardzo przepełniony. Powiem, że nawet mieliśmy miejsca siedzące! A nasza stacja była ostatnia. Całą drogę powrotną do Newcastle przespałam. No dobra, z przerwą na jedzenie Maltesers’ów, bo byłam głodna.

Ta wycieczka do Sydney była wspaniałą przygodą i nigdy jej nie zapomnę! Once in a lifetime... Czasem fajnie jest zrobić to samo, co 1.7 mln innych ludzi.

czwartek, 30 grudnia 2010

Nowy Rok

Całej mojej rodzinie, wszystkim moim przyjaciołom, znajomym, no i czytelnikom chciałabym życzyć szczęśliwego Nowego Roku 2011!
Niech przyniesie Wam tylko radości. I niech spełnią się Wasze WSZYSTKIE marzenia!

Pamiętajcie o postanowieniach noworocznych.;)


Ja Nowy Rok będę witać w Sydney. Nie mogę się doczekać, żeby zobaczyć te wspaniałe fajerwerki nad Harbour Bridge! Za chwilę jadę na wybrzeże spędzić tydzień z Ammie, Australijką, która za miesiąc wyjeżdża na swoją wymianę do Warszawy.

Do usłyszenia za jakieś 10 dni!

Urodziny Any


30 grudnia 1992 roku na świat przyszła Ana. Teraz, po 18 latach, nadszedł czas na świętowanie jej najważniejszych urodzin!

Nie było żadnej wielkiej imprezy, Ana zorganizowała małe przyjęcie dla najbliższych przyjaciół. Ale to nie znaczy, że się źle bawiłyśmy! Przyszła Shannon i Killi oraz Katrina (Ellenor się z tego ucieszyła, bo to jej dobra koleżanka).

Było meksykańskie jedzenie, przemówienie z wielkiego dmuchanego mikrofonu, otwieranie prezentów, czekoladowy tort, balony i oglądanie filmu...

Pech tak chciał, że akurat z farmą było coś nie tak. Pompa się zepsuła i krowy nie miały wody, a było bardzo gorąco. Dlatego Martin i Ellenor trochę się spóźnili, Martin był nieźle zdenerwowany. Usterkę naprawił chyba dopiero następnego ranka.

Ana z jednym z jej prezentów;
bo jak tygryski jej nie widzą, to ona też ich nie widzi... prawda?
Ellenor, Katrina, Shannon, Ana, Killi i ja










Całe obchody były przełożone na 29 grudnia, bo tak bardziej pasowało paru osobom. No dobra, powiedzmy: ja i Nana chciałyśmy następnego dnia znaleźć się w Newcastle. Rano 30 grudnia Ana otworzyła resztę prezentów od rodziny. Potem przyszła kolej na mnie, nawet niczego się nie spodziewałam! Z racji, że miałam nie być w domu w moje urodziny 2 stycznia, dostałam swoje prezenty wcześniej. Głównym prezentem była książka z nutami do australijskich piosenek. Bardzo się z tego ucieszyłam.:)

poniedziałek, 27 grudnia 2010

Aussie Xmas

Nie napisałam tego w żadnej notce, ale w głębi serca życzyłam Wam wszystkim 
WESOŁYCH ŚWIĄT BOŻEGO NARODZENIA! 
Musieliście mieć tam pięknie z takim ogromem śniegu.

Moje święta były spokojne, możnaby je określić adekwatnym australijskim przymiotnikiem – laid-back. Okazało się, że polskie tradycje świąteczne są wyraźniejsze niż australijskie, więc nie wytrzymałabym bez opowiadania im o wszystkim!

Świąteczny nastrój (nie licząc śpiewania kolęd w poprzednią niedzielę) naprawdę naszedł mnie we wtorek. Razem z Aną poszłyśmy na spotkanie Rotary. Wcześniej im się zapowiedziałam, że chciałabym zrobić speech’a o polskich Świętach. Opowiedziałam im o tym, że główne świętowanie w Polsce wypada w Wigilię Bożego Narodzenia, o 12 potrawach, sianku pod obrusem, miejscu przy stole dla niespodziewanego gościa, dzieleniu się opłatkiem, pasterce i kolędowaniu... Wszyscy byli zachwyceni. Podarowałam im piękną ceramiczną bombkę, która przyszła w paczce od rodziców.
Na koniec przeczytałam im list od moich rodziców (sama go musiałam przetłumaczyć na angielski) o tym, jak bardzo się cieszą z mojego szczęścia w Merriwie, że zapraszają ich wszystkich do Polski... Powiedzieli, że wpadną za tydzień.:D Nie zdziwcie się, jeśli nasz zielonkowski dom stanie się pewnego rodzaju hotelem dla tych wszystkich obcokrajowców-przyjaciół.

Tuż przed zakończeniem spotkania, Rotarianie bardzo mnie zaskoczyli. Dostałam od nich prezent gwiazdkowo-urodzinowy i kartkę świąteczną!!! Tak miło mi się zrobiło. Nigdy bym się nie spodziewała! W papierze ze świętymi Mikołajami były przepiękne kolczyki z czarnym opalem (który tak naprawdę ma niebieski kolor) i mała książeczka o Lightning Ridge, czyli mieście, w którym wydobywa się ten rodzaj opalu. Czarny opal można znaleźć tylko w Australii! Oni są wspaniali.

Całą środę Ana, Martin i ja spędziliśmy w samochodzie. Mieliśmy do zrobienia wielkie zakupy świąteczne i też przywieźliśmy Nanę do domu. To był długi dzień i wróciliśmy do domu późnym wieczorem, zmęczeni.

Tak jak powiedziałam, w naszym domu, w ramach drzewka bożonarodzeniowego, stanęła ogromna pachnąca gałąź drzewa eukaliptusowego.

prezenty pod eukaliptusem

W czwartek również nie było spania do południa, bo było dużo do roboty w kuchni! Ja postanowiłam zrobić makowce i ruskie pierogi, jako polski akcent na naszym świątecznym stole. Robienie makowce jest bardzo pracochłonne. I pełne nerwów. Pierwszy raz robiłam go sama, a też nie za bardzo się przyglądałam, gdy Mama piekła makowce w domu. Więc było trochę improwizowania. Masę makową przygotowaliśmy do pewnego stopnia i zostawiliśmy ją w lodówce, żeby dokończyć w wigilijny poranek.

Ana i ja umówiłyśmy się z Helen, że wpadniemy o 16:00, by pomóc jej w dekorowaniu jej drzewka bożonarodzeniowego. W jej przypadku była to sztuczna choinka. Też wyglądała ładnie. Jednak najlepszy był pomysł Helen, by przystroić bieżnię tak, by udawała sanie św.Mikołaja... Hahaha! Po prostu nie chciało się jej przestawiać.:D Ale pomysł, przyznacie, genialny. Zaraz zobaczycie zdjęcie.

choinka Helen i sanie św.Mikołaja
W sobotę pojawił się tam sam św.Mikołaj!










Gdy spytałam się Ellenor jak w Australii obchodzi się Wigilię, powiedziała mi, że każdy idzie wcześnie spać, żeby św.Mikołaj mógł szybciej przyjść. Więc musiałam wziąć sprawy w swoje ręce.

Zanim skończyliśmy makowca, zrobiliśmy pierogi. Tu też było trochę improwizowania. Wszyscy mi bardzo pomogli, szczególnie Lesley, która sama zrobiła biały ser! Stałam w kuchni cały dzień, rozporządzając, no i robiąc 80% pracy sama. Teraz lepiej rozumiem co czuje moja Mama, która ma jeszcze więcej potraw do przygotowania i to dla większej liczby osób. Mamo, w przyszłym roku bardziej Ci pomogę! Byłam totalnie zmordowana. Na 18:00 poszliśmy do Kościoła. A to akurat był czas, by włożyć makowce do piekarnika. Mieliśmy długą dyskusję jak to zorganizować, w końcu się udało. Tylko makowce się trochę przypiekły. Wyszły trzy (według pierwszego planu miały być dwa), w tym jeden gigantomantyczny!!!

ja w trakcie przygotowywania ciasta na pierogi
mój gigantomantyczny makowiec
ładny?:)











W Kościele dostąpił mnie zaszczyt zaniesienia Jezuska do szopki przy ołtarzu podczas śpiewania Gloria (Chwała na Wysokości). Parę osób mi powiedziało „You did a good job“.:D Pierwszy raz na mszy mieliśmy żywe instrumenty – Katherina grała na na skrzypcach, a jej brat James – na organach. Po mszy James uczył mnie grać angielskie kolędy na organach!

Wieczorem szybko zastawiliśmy stół. Gdy był gotowy, przeczytałam po polsku fragment Ewangelii wg św.Mateusza o narodzeniu Chrystusa, a za mną Ana przeczytała to samo po angielsku. Nadszedł czas na dzielenie się opłatkiem. Wszystkim ta tradycja bardzo się podobała. Nawet nie wiedziałam, że robi się to tylko w Polsce! Musiałam im obiecać, że w przyszłym roku przyślę im opłatek pocztą. Kolacja była oczywiście bezmięsna. W sumie nie byliśmy bardzo głodni, więc zjedliśmy pierogi z sałatką. Nie siedzieliśmy długo, bo wiecie dlaczego...

opłatek na zastawionym stole
moje ruskie pierogi pięknie prezentują się na stole










W Boże Narodzenie zerwałam się rano, o 6:40 (co wcale nie pomogło mojemu zmęczeniu), żeby zobaczyć na skype’ie moją całą rodzinkę, która zebrała się na wigilijną kolację. Tak miło było z nimi wszystkimi porozmawiać! W pewnym momencie mój Tata sięgnął po gitarę i zaśpiewaliśmy trzy polskie kolędy!

ja na skype'ie z rodzinką
Prezenty mogliśmy otwierać od 8:00 (Martin parę lat temu ustanowił tę zasadę, bo dziewczyny zwykle zrywały się przed 6, a Martin nie lubi wstawać rano :D). Nie spodziewałam się, że dostanę tyle prezentów!!! Musiałam być bardzo grzeczna calutki rok.:)

Głównym bożonarodzeniowym posiłkiem miał być lunch. O 13:00 wszyscy siedzieliśmy przed telewizorem, zasypiając. Lesley więc zarządziła godzinną drzemkę. Wyszło na to, że mieliśmy afternoon nap przed lunchem!

O 14:30 w końcu zasiedliśmy do stołu. Tym razem jedliśmy australijskie potrawy. Chociaż tak naprawdę oni nie mają żadnych tradycji jedzeniowych. To znaczy są tradycje, które przywędrowały z Wysp Brytyjskich – indyk, świąteczny pudding... Wszystko gorące i wymagające spędzenia dużo czasu w kuchni. A tu na lądzie Down Under w Boże Narodzenie zwykle jest 45 0C albo i ponad to! Dlatego od jakichś dwóch lat ludzie zaczęli przyrządzać lunch na zimno, owoce morza... W naszym jadłospisie znalazły się: chłodnik brzoskwiniowo-pomidorowy, zimne wędliny i sałatki. Wszystko pyszne.

brzoskwiniowo-pomidorowy chłodnik
bożonarodzeniowy lunch










Po posiłku usiedliśmy przy eukaliptusie i ja razem z Aną zaczęłyśmy śpiewać kolędy – angielskie i australijskie. Wstawię Wam parę tekstów australijskich kolęd, to będziecie mogli sobie pośpiewać. Większość z Was będzie znała melodie. Utknęłyśmy w australijskiej wersji „Twelve Days of Christmas“ w 12.zwrotce, bo śpiewałyśmy szybko i języki nam się poplątały. Udało się za 6.razem! „Six sharks a-surfing“ nie jest takie proste. Potem przyszła Lesley i zaczęła się wygłupiać, więc skończyło się na tym, że zaśpiewałyśmy „Mary’s Boy Child“ w rytmie reggae, rapu, rock’a i chipmunks (te wiewiórki, jak z Kaczora Donalda). Hahahaha. Świetnie się bawiłyśmy.:D Martina bolała głowa, więc zamknął się w pokoju. Biedny.

W niedzielę znów nie miałam szans na wyspanie się, bo msza w Kościele była o 8:00. Ale to mój wybór żeby iść, więc nie narzekam.:) Po mszy pomogłam Martinowi w liczeniu ofiar pieniężnych, bo akurat była jego kolejka.

Przed południem przyjechała do nas Amanda z Gypsy, jej labradorem. Amanda miała na szyi naszyjnk ze sztucznych kwiatów i przywiozła też ukulele. To była taka mniejsza wersja planowanej imprezy urodzinowej dla Lesley o temacie „Cook Islands“ (Ellenor, Lesley i Amanda były na Wyspach Cook’a rok temu). Pamiętacie Amandę? Pisałam o niej w jednej z notek o Newcastle i wstawiłam jej zdjęcie gdy była przebrana jako Avatar. Z nią nigdy nie da się nudzić!

Po lunchu Ana podwiozła mnie do Helen i została tam ze mną dwie godzinki. Ja zostałam aż do dzisiaj, czyli do poniedziałku. Helen gościła u siebie całą rodzinę ze strony Marka, jej męża, i zaprosiła mnie na jedną noc. Było 30 osób. Nie wiedziałam, że członkowie rodziny mogą się tak świetnie bawić w swoim towarzystwie! Ogólnie w tę noc przyrządzali cocktaile, więc było wesoło. Ja dostałam mocktails, czyli bezalkoholowe koktajle.:P Wszyscy bardzo ciepło mnie przyjęli, czułam się niemal jak członek ich rodziny. Razem z innymi młodszymi spałam na podłodze w stodole-garażu (the shed), w czymś co tu się nazywa „swag“ (śpiwór z materacem w środku). Nowe australijskie doświadczenie.:) Poszliśmy późno spać (niektórzy dopiero o 4 rano, ja ok.1...), więc moje zmęczenie tylko się nagromadziło. Świetnie się bawiłam!!! Naprawdę, tam było tak miło i śmiesznie. Wszyscy wyluzowani. Jak to Australijczycy. Dzisiaj większość poranka spędziłam oglądając mecz krykieta Anglia - Australia. Mam nadzieję napisać Wam notkę o krykiecie w (dalekiej) przyszłości... Po lunchu Helen odwiozła mnie do domu. Gdy rozmawiała razem z Nixonami, ja prawie przysnęłam na kanapie...

tak spaliśmy w garażu

Tak jak obiecałam, wstawiam teksty dwóch australijskich kolęd:
Miłego śpiewania! 


Aussie Jingle Bells

Dashing through the bush
In a rusty Holden Ute
Kicking up the dust
Esky in the boot
Kelpie by my side
Singing Christmas songs
It's summer time and I am in
My singlet, shorts & thongs

CHORUS:

OH, JINGLE BELLS, JINGLE BELLS
JINGLE ALL THE WAY
CHRISTMAS IN AUSTRALIA
ON A SCORCHING SUMMER'S DAY
(hey!)
JINGLE BELLS, JINGLE BELLS

CHRISTMAS TIME IS BEAUT

OH WHAT FUN IT IS TO RIDE
IN A RUSTY HOLDEN UTE

Engine's getting hot

Dodge the kangaroos

Swaggy climbs aboard

He is welcome too

All the family is there

Sitting by the pool
Christmas day, the Aussie way

By the barbecue!

CHORUS

Come the afternoon

Grandpa has a doze

The kids and uncle Bruce

Are swimming in their clothes

The time comes round to go

We take a family snap

Then pack the car and all shoot through

Before the washing up

CHORUS

The 12-Days of Christmas – the Aussie version

On the first day of Christmas, my true love sent to me
A kookaburra in a gum tree

On the second day of Christmas,  my true love sent to me 

Two snakes on skis, and a kookaburra in a gum tree

Three wet galahs … 

Four lyrebirds … 

Five kangaroos … 

Six sharks a – surfing … 

Seven emus laying … 

Eight dingos dancing … 

Nine crocs a – snoozing … 

Ten wombats washing … 

Eleven lizards leaping … 


On the twelfth day of Christmas, my true love sent to me 

Twelve possums playing, Eleven lizards leaping, 
Ten wombats washing, Nine crocs a – snoozing, Eight dingos dancing, Seven emus laying, 
Six sharks a – surfing, Five kangaroos, 
Four lyrebirds, Three wet galahs, 
Two snakes on skis, And a kookaburra in a gum tree.


Święta, Święta i po Świętach!!!

A to oznacza, że zbliża się Sylwester!!!!!!!!!!

poniedziałek, 20 grudnia 2010

Kawałek Polski w moim australijskim domu

W poniedziałek przyszło to, na co długo i niecierpliwie czekałam. Paczka od rodziców!!! Wiedziałam dokładnie, co w niej znajdę, ale to wcale nie zmniejszyło mojej wielkiej radości. W środku było sporo świątecznych dekoracji, opłatek, parę polskich rzeczy na prezenty... Trzy książki dla mnie (Tata martwi się, że zaczytuję się powieściami!), w tym tomik wierszy Szymborskiej (tego się nie spodziewałam! Dziękuję, Tato! to już drugi tomik do kolekcji)... Mój stary telefon, który, jak się okazało, też ma simlocka!!! (można nerwicy dostać z tymi komórkami)...


Na samym szczycie leżała kartka świąteczna. Będę musiała ją jeszcze raz przeczytać, bo za pierwszym razem bardzo się wzruszyłam i moje oczy zapełniły się łzami, przez co trudno było rozczytać słowa. A charakter pisma mojego Taty wcale nie pomaga, hahaha.

Dostałam od rodziców piękne kolczyki z zielonym bursztynem, w kolorze moich oczu.

Dziękuję Mamo, Tato! I Tomku, szczególnie za Twoją polską koszulkę. Od razu ją założyłam!



Tak jak napisałam na Facebook’u,
There’s nothing more exciting than receiving a parcel from your parents while you’re on the other side of the world!