środa, 26 stycznia 2011

Impreza pożegnalna Jodie

Na piątek 14 stycznia Jodie zaprosiła parę osób, by pożegnać się z nimi nim wyjedzie na swoją roczną wymianę rotariańską do Niemiec. Ja byłam pierwsza (hurra!) i pomogłam Jodie rozwieszać balony przy drodze. Nie powiem, te balony miały, cóż... nieprzyzwoite kształty. Ale nie będę wam o tym opowiadać! Miałyśmy atak śmiechu.



Potem Mark przywiózł Katherine i wszyscy pomagaliśmy w przygotowaniach. W końcu przyszli wszyscy. Połowa, to znajomi, druga połowa – rodzina, w sumie 18 osób. Miło, bo praktycznie wszystkich znałam. No i ja zaliczałam się do obydwu połówek.

Najpierw wszyscy się zachwycali małą Claire, bratanicą Jode. Później był Aussie barbecue... Gdy zrobiło się ciemno postanowiliśmy pójść na spacer! Cała ekipa, czyli Jode, Katherine, Dylan, Zoi, Jared, Ana i ja. Skierowaliśmy swoje kroki do stawu, który teraz nazwałabym... jeziorem. Nie mogłam uwierzyć, że nabrał tyle wody! Wszystko przez te ulewy w ostatnich tygodniach.


Nagle zrobiło się późno, prawie północ i ludzie zaczęli rozjeżdżać się do domów. Nam droga do domu zajęłaby około 45 minut, Ana musiałaby prowadzić... Podjęłyśmy decyzję, że zostaniemy na noc. Tak jak Katherine i Dylan. Pierwszy raz w życiu myłam zęby palcem! Jeszcze długo w nocy gadałam z Aną.

Ci, co zostawili mnie samą w Merriwie
Katherine (uniwerek w Newcastle)
Dylan (uniwerek w Armidale)
Jodie (RYE do Niemiec)
Rano tylko zjadłyśmy śniadanie i zmyłyśmy się do domu. Impreza udana! Byli tam moi najlepsi znajomi (w moim wieku) z Merriwy.:)

Daniela w Merriwie


Tak jak powiedziałam, w poniedziałek 10 stycznia razem z Danielą wsiadłam do pociągu i wyruszyłyśmy w stronę OUTBACK’U.


Tego samego dnia wieczorem wybraliśmy się na przejażdżkę ute’ą dookoła farmy. Daniela, Ellenor i ja stałyśmy na przyczepie z tyłu, Martin prowadził, a Lesley była też w środku. Daniela nie mogła uwierzyć, że nasza posiadłość jest tak wielka! Gdzie tylko wzrok sięga... Też miałam takie kłopoty w pierwszych dniach życia na farmie.
Gdzie tylko wzrok sięga...
Mieliśmy szczęście zobaczyć dziesiątki kangurów, mnóstwo kolorowych papug i... (aż Nixonowie się zdziwili) jelenia oraz dzika!!! Niezły bilans! A, no i oczywiście nasze krowy, których mamy w sumie ponad 400.
Kto pierwszy dostrzeże dwa kangury?

stado kangurów
Ja naliczyłam 10, a wy?
Następnego dnia oprowadziłam Danielę po Merriwie i po mojej szkole. Spotkałyśmy tam moją panią od biologii! Poszłyśmy też na basen i pogadałyśmy z Nickiem (dozorca basenu). Grałyśmy też w monopol z Ellenor i Katriną, i upiekłyśmy scones... Chyba dni mi się mieszają. Jednej nocy zaciągnęłam Danielę na dwór, żeby pokazać jej nasze gwiaździste niebo.

Daniela w publicznym basenie
Po niedługim czasie zorientowałam się, że nie ma dużo do robienia w Merriwie. Na przykład całą środę przesiedziałyśmy przed telewizorem, obejrzałyśmy cztery filmy!!! Ogólnie dopadł mnie syndrom post-Newcastle. Bo na wybrzeżu zawsze jest coś do roboty – spotykanie się ze znajomymi, centrum handlowe, kino, no i zawsze można pójść na plażę... A w Merriwie? Na dworze jest tyle much, że nawet nie chce się iść na spacer.

Trochę ponarzekałam, porozmyślałam i mi przeszło. Czas leczy rany, po ostatnim pobycie w Newcastle (gdy mieszkałam u Paula) potrzebowałam tygodnia żeby na nowo przyzwyczaić się do życia na wsi.

Jednak na pewno wiem... Kocham Merriwę i jestem szczęściarą, że tu trafiłam!!!

wtorek, 25 stycznia 2011

Mój 12-dniowy pobyt u Ammie

Ta notka będzie opisem całych moich wakacji, które spędziłam z rodziną Ammie. Dwie poprzednie notki były szczegółowe, o tych najważniejszych wydarzeniach... Ale w pozostałe dni też się nie nudziłam, o nie!

Myślę, że dobrze by było gdybym przedstawiła pierwszoplanowych bohaterów mojej opowieści. Ammie, jak już wiele razy wspominałam, jest exchange studentką w Polsce. Dotarła tam dwa dni temu! Gyd byłam w Newcastle pracowała w dwóch miejscach, po 9 godzin dziennie, więc nie widziałam jej zbyt często... Ale i tak, chwile, które spędziłyśmy razem, utwierdzają mnie w przekonaniu, że jak wrócę do Warszawy, będziemy się świetnie bawić! Naprawdę dobrze się z nią dogaduję. Zresztą, tak samo mam z całą jej rodziną...
Liam, to czternastoletni brat Ammie. Trenuje piłkę nożną, ale lubi sport każdego rodzaju. Mam nadzieję kiedyś go zobaczyć, gdy surfuje! Liam zawsze ma do powiedzenia coś śmiesznego, albo robi coś, co rozśmiesza wszystkich dookoła. Nie można się z nim nudzić.
Kathleen – mama Ammie. Akurat była na urlopie gdy z nimi mieszkałam, więc zajmowała się mną i Danielą. Jest bardzo opiekuńcza, zawsze miała dla nas gotowe ręczniki i wodę w butelkach, gdy wybierałyśmy się na plażę. Pamiętać: co dwie godziny należy nakładać nową warstwę kremu z filtrem UV. Ale ogólnie Kathleen jest urocza, w wielu względach znalazłam w niej bratnią duszę. Zapamiętała parę słówek po polsku (raz pokręciła lodówkę z lustrem i wyszło „Lodustro“). I wyściskała mnie bardzo mocno, gdy wsiadałam w pociąg do Merriwy.
Brad – tata Ammie. Pracuje gdzieś tam chyba w ochronie w nowym centrum handlowym w Charlestown, Newcastle. Kocha sport. W dni robocze, codziennie chodzi na siłownię, a w weekendowe poranki pływa w basenie przy oceanie (to taka prostokątna część oceanu, oddzielona betonem... w sensie basen w oceanie, w Merewether, Newcastle). Brad lubi żartować i się wygłupiać, szczególnie z Liamem.
Kuta i Indy – dwa sznaucery Spence’ów. Bardzo posłuszne! Indy jest dość stary, ale Kuta jest szczeniakiem. Na pierwszy rzut oka trudno je rozróżnić, ale Kuta ma przekrzywiony ogon. Raz wzięłam Kutę na spacer na plażę. Przybiegał na każde moje zawołanie!
Daniela, to exchange studentka z Meksyku. Spence’owie to jej host rodzina. Przyjaźni się z Idoią z Hiszpanii i Alex ze Szwajcarii. Trochę znudziła się plażą po tym, jak zaciągałam ją tam każdego dnia!

No, to co tam się działo oprócz Sylwestra w Sydney i moich dwudniowych urodzin... O. Surfing.



Tu mam dużo do napisania! Spence’owie obiecali mi, że pouczą mnie surfingu, jako że Ammie, Liam i Brad potrafią stanąć na desce. A Kathleen zna podstawy. Dlatego mama Ammie zabrała mnie na plażę jednego pochmurnego poranka. Blacksmith Beach uchodzi za plażę z najmniejszymi falami.


Podjechałyśmy tam i stwierdziłyśmy, że jest nieźle, więc wzięłyśmy deski. Najpierw Kathleen pokazała mi jak stanąć na desce – ćwiczyłyśmy na piasku. Po jednym razie już miałam wejść do wody... Jestem pewna, że aż zbladłam ze strachu. Fale może nie były ogromne, ale, jak się okazało, były... miażdżące. Kathleen kazała mi się położyć na desce, akurat nadchodziła „idealna“ fala i popchnęła mnie do przodu. Nie wiedziałam co robić, od razu znalazłam się pod wodą, deska popłynęła w zupełnie inną stronę, nie udało mi się wydostać głowy z pod wody przed brzegiem, jakieś 30 sekund! I got smashed, jak to później mówiłam. Wyszłam z wody, zmarznięta, roztrzęsiona, cała w piasku. Jak mówię „cała“ myślę naprawdę cała, czułam piasek w buzi i miałam go mnóstwo nawet w uszach. Nic przyjemnego. Piękny surfing, tak? Zażartowałam, że powinnyśmy raczej pójść surfować na jeziorze.

Tu tego nie widać, ale fale były duże!


I tak zrobiłyśmy! Fal tam nie było żadnych, ale zabawa przednia. Opanowałam stanie na desce. If you look down, you’ll fall.

Lake Macquarie












Tydzień później wzięłam udział w prawdziwej lekcji surfingu, w Redhead Mobile Surf School. Brad i Kathleen mnie namówili, powiedzieli, że będzie zupełnie inaczej niż z Kathleen, że będzie paru doświadczonych instruktorów, którzy powiedzą mi co robić. I to był fantastyczny pomysł. W mojej grupie początkujących byłam najstarsza, co dodawało mi odwagi. W miejscu, gdzie pływaliśmy, ocean był PEŁNY glonów i tych wszystkich nieprzyjemnych roślin podwodnych. Najpierw mieliśmy długą lekcję teorii, na lądzie, potem probowaliśmy pływanie na fali (leżenie na desce i pływanie z falą do brzegu), później następna lekcja teorii, a na końcu próbowaliśmy stanąć na fali. Gdy pierwszy raz stanęłam na więcej niż 2 sekundy, zapiszczałam z radości! Byłam taka szczęśliwa, nawet nie wiecie jak to poprawia humor. Słyszałam też radosne okrzyki Brada z brzegu i Liama, który nurkował w wodzie parę metrów ode mnie. Yaaay! Udało mi się stanąć na desce na dłuższy czas dwa razy. Nie spodziewałam się, że po dwóch godzinach będę taka obolała... Jak już usiadłam na kanapie w domu, nie mogłam wstać. Poważnie. Przeleżałam caały wieczór. Mam nadzieję, że będę miała szansę stanąć na desce kolejny raz!!!







Pewnie pamiętacie jak w notce o moich urodzinach, wspominałam o planach pójścia na spacer na plażę w nocy w poszukiwaniu krabów. Zrobiliśmy to parę dni później. Około 21 założyliśmy świecące patyczki na obroże psów i zabraliśmy latarki. Spacer bardzo mi się podobał, na plaży w nocy było tak... nastrojowo. Znaleźliśmy parę krabów. Te kraby są nazywane „ghost crabs“, bo są tak białe, że prawie przezroczyste!
Nad brzegiem morze utworzyły się malutkie, metrowe, piaskowe klify, czyt. zjeżdżalnie. Hahaha, nie mogłam się oprzeć tej zabawie!
krab-duch

Ok. Jeden wieczór nazwaliśmy „meksykańskim“ , a Daniela rozporządzała w kuchni, gdy robiłyśmy tortille! Na początku miałyśmy z tym dużo problemów, ale liczy się efekt... Nie?


Wstawiam też jedno zdjęcie, tuż po skończeniu mojej urodzinowej Pavlovej. Przypominam: beza, bita śmietana i owoce. Mniam!


A, i nie mogę zapomnieć o spiders! Zawsze-działający-przepis na kopa energii w lato. Napój gazowany + lody waniliowe.



Raz pojechaliśmy do domu siostry Kathleen, która ma basen! Ku uciesze Danieli – ona o wiele bardziej woli basen od plaży, właściwie nie przepada za piaskiem i nie weszłaby do oceanu gdyby fale były większe od niej (i to ona mieszka 10 minut od plaży, haha).




Co do Danieli nie przepadającej za plażą: raz zabrałam ją na spacer. Popatrzcie sobie na zdjęcia plaży Redhead. Przypomina mi trochę plażę w Krynicy Morskiej, też są na niej wydmy...




Ta sama siostra Kathleen ma konia na obrzeżach Newcastle. Jednego poranka, gdy Daniela jeszcze spała, pojechałyśmy go odwiedzić (siostra Kathleen jest na wakacjach w Stanach i ktoś musi co jakiś czas pojeździć na koniu, żeby się nie nudził). Koń nazywa się Jack i jest śliczny. Po mojej ostatniej przygodzie na koniu, gdy to prawie z niego spadłam, teraz byłam bardziej ostrożna i nie pozwoliłam Jackowi nawet cwałować. Cieszę się, że umiem już „sterować“ koniem, jak najdziwniej to brzmi – nie wiem jak to inaczej nazwać...

ja na Jacku

Za to brat Kathleen i jego żona oczekują dzidziusia! Udało mi się załapać na baby shower, zresztą pierwszy w moim życiu. Było mnóstwo zabawy - same dziewczyny, słodkie ciasteczka z różowym lukrem i dużo gier typu: rysowanie tej rodziny za 20 lat, bingo ze słowami związanymi z dzieckiem, zgadywanie, jak duży jest brzuch przyszłej mamy itd....

Jednego popołudnia chciałam pojechać do tych basenów w oceanie w Merewether, jednak Ammie była od razu po pracy, zmęczona, więc w końcu zdecydowaliśmy się pójść na spacer na „rock pools“ tuż obok basenu. Ammie zna nazwę gatunku każdego najmniejszego ślimaka i innych morskich żyjątek, które można tam znaleźć. To było takie interesujące!


ślimakowe szlaczki

Hahahahahahaha. Zapomniałam o weselu. Idoia i Alex wzięły ślub... fikcyjny. Zaręczyny mnie ominęły, z miesiąc temu. To wszystko dla śmiechu. Daniela była fotografem, Marissa (Australijka która właśnie wyjechała do Hiszpanii na wymianę) była świadkiem, a ja, tuż przed wydarzeniem, zostałam zaszczycona rolą... księdza!!! Wszystkie ubrałyśmy się w adekwatne stroje, w host domu Alex znalazło się nawet przebranie dla mnie! Host mama Alex zawiozła nas do ładnej kapliczki (jak na ironię w ośrodku psychiatrycznym), gdzie odbyła się ceremonia. Nie mogłyśmy przestać się śmiać. Dzień z dziewczynami był bardzo udany, później poszłyśmy nad jezioro, żeby wskoczyć do wody. Rano było pochmurno i założyłam dżinsy, a potem dzień się rozpogodził i było około 30 stopni. Skończyło się na tym, że pożyczyłam szorty i okulary przeciwsłoneczne od Alex.:D Daniela i Marissa też pożyczyły od niej parę rzeczy.


ja i Marissa nad jeziorem
Jednego wieczoru zamówiliśmy fish&chips i zjedliśmy kolację na plaży. Czekaliśmy na zachód słońca... Nie zdążyliśmy obejrzeć go do końca, bo po parunastu minutach zaskoczyła nas ulewa! Za to, jakby to było wynagrodzenie, zobaczyliśmy dwie, prawie równoległe tęcze.












W przedostatni poranek mojego pobytu wstałam bardzo wcześnie, bo chciałam zobaczyć wschód słońca nad oceanem. Tak jak sobie wymarzyłam. Brad zawiózł mnie samochodem. Nie mogłam ukryć mojego rozczarowania, gdy okazało się, że jest tak pochmurno, że nie zobaczę ani promyczka wschodzącego słońca!!! Siąpił deszcz i było ponuro. A i tak spotkałam paru innych ludzi, z aparatami gotowymi do pięknych ujęć.


I tak nadszedł czas na poniedziałek 10 stycznia i musiałam powiedzieć „Goodbye, Redhead!“ Wyściskałam Kathleen i razem z Danielą wsiadłam do pociągu do Muswellbrook’u, skąd mieli nas odebrać Martin z Lesley. Bo Daniela odważyła się przyjechać na farmę na 5 dni, o czym w następnej notce...

Mój pobyt w Redhead był udany na 100%, cieszę się, że mogłam poznać wspaniałą rodzinę Spence’ów. Jestem pewna, że to nie moja ostatnia wizyta w ich domu (tak naprawdę byłam już tam raz od tego czasu). Ammie jest teraz w Warszawie i już nie mogę się doczekać, gdy będę mogła pokazać jej moje miasto!

wtorek, 18 stycznia 2011

Moje 17. australijskie urodziny

2/01/2011

Pierwszy raz w moim życiu moje urodziny wypadły nie w środku zimy, ale w środku lata. Nie zrozumiecie, jak bardzo się zmartwiłam, gdy wstałam 3 stycznia i zanosiło się na deszcz. Kathleen powiedziała mi, że to na szczęście. Za każdym razem, gdy w jej życiu działo się coś ważnego, wspaniałego, padał deszcz – czy był to jej ślub czy narodziny każdego z jej dzieci. Więc przestałam się martwić. Zła pogoda nie mogła zepsuć mojego humoru! Zaraz, zaraz, czemu 3 stycznia? Przecież każdy wie, że urodziłam się 2 stycznia 1994 roku i to zawsze był dzień moich urodzin. Takiej daty nie da się zmienić. Chyba, że... Urodziłam się parę minut po godzinie 21. Wtedy w Australii był już następny dzień... Czyli moje australijskie urodziny wypadają 3 stycznia!!!

Poprzedniego dnia, czyli 2 stycznia, rodzina Ammie zrobiła mi niespodziankę – po kolacji na stół wjechał czekoladowy tort własnej roboty, z 17 świeczkami! Pomyślałam życzenie, zdmuchnęłam... Nadszedł czas na ukrojenie pierwszego kawałka. Liam się przeraził. Tradycja głosi, że jeśli podczas początkowego krojenia tortu urodzinowego nóż dotknie talerza, trzeba pocałować najbliższego chłopaka – a był nim Liam. Modlił się, żeby udało mi się nie dotknąć! Zrobiłam to ostrożnie i brat Ammie odetchnął z ulgą.

3 stycznia spotkałam się z moimi paroma koleżankami na plaży Redhead. Do nas, czyli Ammie, Danieli i mnie, dołączyła Idoia (z Hiszpanii). Tam pograłyśmy w plażowego krykieta, ja razem z Ammie weszłam do wody (nie mogłyśmy się oprzeć pokusie i położyłyśmy się, całe mokre, na Idoię i Danielę, które się opalały :D). Zostałam też zakopana w piasku...

ucieszona ja, że obchodzę moje 17. urodziny na plaży w Redhead...
krykiet plażowy
Idoia, Ammie i... ja (fake smile)
Stwierdziłam, że to moje ostatnie urodziny w dzieciństwie, więc mogę trochę zaszaleć i pobawić się jak małe dziecko! Było świetnie. Ale to nie koniec. W południe wróciłyśmy na piechotę do domu, na grilla, gdzie dołączyła do nas Marissa (Australijka wyjeżdżająca do Hiszpanii). Moim tortem urodzinowym (następnym) była Pavlova, tradycyjne australijskie ciasto, które w gruncie rzeczy jest... bezą z bitą śmietaną i owocami. Sama ją zrobiłam! Mniam. Grałyśmy z dziewczynami w Wii, a potem w Twistera...













Idoia i Daniela musiały się szybko zmywać na mecz Jetsów (drużyna piłki nożnej w Newcastle), a ja z Ammie i Marissą wskoczyłyśmy do jaccuzzi w salonie i gadałyśmy o wymianach międzynarodowych, pakowaniu walizki na 12 miesięcy...

Wieczorem, gdy Marissa sobie poszła, prawie się wybraliśmy na plażę z latarkami, w poszukiwaniu krabów. Mówię „prawie“, bo rozpętała się burza i wyprawę przełożyliśmy na inny dzień...

Temat moich urodzin ciągnie się aż do dnia wczorajszego gdy to piszę, czyli 18 stycznia. Rekordowe urodziny! Świętowanie trwało 20 dni, hahaha. Wczoraj zupełnie niczego się nie spodziewałam... Helen, moja kochana counsellorka z Klubu Rotary, zaskoczyła mnie wieczorem na partners‘ night. Cała sala była udekorowana „Happy Birthday, Aggie“, kartkami ze słowami „Happy Birthday“ i nawet „Sto lat“ po polsku... Dostałam od Rotarianów prezent, piękny naszyjnik z czarnym opalem, do kompletu z kolczykami, które dostałam od nich na Gwiazdkę. Bill, prezydent Klubu Rotary w Merriwie, też miał dla mnie niespodziankę – z pomocą Dermota zaśpiewał „Sto lat“ po polsku! Mało brakowało, a umarłabym ze śmiechu. To szło jakoś tak: „Sto lat, sto lat, niek zygi-zygi-zygi damn...“ Na szczęście wszystko mam nagrane i jak wstawię na youtube, szybko prześlę Wam adres!!!!!!!

moje miejsce przy stole

razem z Michealem /Rotarianin/ i Jill /babcia Jodie/ dmuchamy świeczki
(oni też niedawno obchodzili swoje urodziny)
PS Podsumowując, urodziny obchodziłam 4 razy odkąd jestem w Australii, a świeczki na moim torcie dmuchałam 3 razy (pomyślcie ile życzeń musi mi się spełnić, licząc razem z tymi dwunastoma z sylwestrowych winogron i ze spadającą gwiazdą, którą zobaczyłam dwa dni temu... Ach!)

czwartek, 13 stycznia 2011

Sylwester – największe fajerwerki świata

Rodzina Ammie pomogła spełnić kilka moich marzeń – obok wyprawienia moich urodzin, zobaczenia wschodu słońca nad australijskim oceanem i lekcją surfingu, znalazł się wyjazd do Sydney w Sylwestra. Jedyna taka szansa... Tak się cieszę, że mogłam tam być i oglądać wspaniałe fajerwerki wraz z 1.7 mln innych ludzi!





Rano 31 grudnia wsiedliśmy w dwa samochody – ja z Danielą (exchange studentka z Meksyku), Ammie (exchange studentka do Polski) i Bradem (tatą Ammie) w jeden oraz Liam (czternastoletni brat Ammie) z Kathleen (mama Ammie) w drugi. Droga na przedmieścia Sydney zajęła nam 2-3 godziny. Potem wsiedliśmy w pociąg i dojechaliśmy pod sam Harbour Bridge. Już wtedy było sporo ludzi. Szybko zaszliśmy do warzywniaka po winogrona (o tym mowa później) i poszliśmy szukać dobrego miejsca.

Szybko odrzuciliśmy pomysł siedzenia pod samym mostem, bo mimo że tam był cień, a dzień był upalny, to nie zobaczylibyśmy dużo z fajerwerków. Po długich negocjacjach usiedliśmy na dwóch kocykach w parku na małym wzgórzu – po prawej stronie, około 100 metrów dalej, był Harbour Bridge, a po lewej stronie, po drugiej stronie wody – Opera w Sydney. Idealna miejscówa! I teraz czekało nas 12 godzin czekania...

Daniela, Ammie, ja, Kathleen, Brad i Liam na naszych kocykach
Poszliśmy na krótki spacer, rozważyliśmy pomysł wskoczenia do basenu w ubraniach (stanęło na: nie), pokręciliśmy się przed wejściem do wesołego miasteczka, które było zamknięte (ktoś je sobie zarezerwował na sylwestra!) i przepłynęłyśmy się promem na drugą stronę wody (do Circular Quey) i z powrotem, bo to było marzenie Danieli. Potem już nie mieliśmy siły, więc razem z Danielą i Ammie położyłyśmy się na trawie pod Harbour Bridge, gdzie był cień i wiał lekki wiaterek... Bardzo przyjemnie. W dodatku miałyśmy widok na Sydney Opera House! Później przyszedł Liam i Brad i zaczęliśmy grać we frisbee. Dookoła mostu zbierało się coraz więcej ludzi, na naszym trawniku robiło się tłoczno. Dzielnie trzymaliśmy naszego miejsca! Gdy słońce już tak nie prażyło, wróciłyśmy z dziewczynami na kocyk i wszyscy zaczęliśmy grać w karty...

po lewej Opera, po prawej Most
leżymy pod Harbour Bridge, a przed nami roztacza się widok na drugą stronę Sydney i Operę...
Daniela, ja i Ammie
Czas zleciał dość szybko i słońce zaszło. Zrobił się wieczór. O 21 miały być fajerwerki dla rodzin – żeby dzieci, zadowolone że widziały fajerwerki, poszły grzecznie spać. Zaczęliśmy się bawić takimi święcącymi pałeczkami. Nadszedł czas na pierwsze fajerwerki! Były piękne. Ale to i tak bez porównania z tymi o północy...

Po pierwszych fajerwerkach spróbowaliśmy się przespać – nadchodziła długa noc, planowaliśmy wrócić do domu tuż po fajerwerkach, bo Ammie zaczynała pracę następnego dnia w południe. Wydaje mi się, że jednak tylko Liam zasnął. A z tymi winogronami, to tradycja meksykańska. Podobna jest w Hiszpanii, gdzie z każdym uderzeniem zegara o północy w Nowy Rok trzeba połknąć jedno winogrono. Za to w Meksyku, przed połknięciem każdego z 12 winogron należy pomyśleć jedno życzenie! Oczywiście nie da się tego zrobić w sekundę, ale to też powinno być jak najszybciej. Więc parę minut przed 00:00 staliśmy, każdy z dwunastoma winogronami w ręku.


Tłum zrobił się niesamowity, ludzie z całego świata stali dookoła Harbour Bridge i Sydney Opera House, jak sardynki w puszce. Już nie będę wspominać o kolejkach do ToiToi... Bardzo międzynarodowych. Nawet na Harbour Bridge wyświetlano życzenia noworoczne w kilkudziesięciu językach (ominęli nasz! A spodziewałam się tam polskiego... Wstyd, Australio!)

(...) ludzie z całego świata stali dookoła Harbour Bridge i Sydney Opera House, jak sardynki w puszce.
*zachód słońca*
Nadszedł ten czas. Zaczynało się skromnie, potem z każdą minutą fajerwerki się rozkręcały. Były puszczane z Opery, Mostu Harbour i ze wszystkich najwyższych wieżowców w mieście. A, też z obydwu stron Harbour Bridge, z kilometr dalej. Cały pokaz trwał ze 20 minut. Finał był zupełnie NIESAMOWITY!!! Naprawdę, staliśmy z oczami skierowanymi w niebo, a nasze buzie same się otworzyły z niedowierzenia w ilość światła w ciemną noc.


Właśnie 3 minuty temu, gdy piszę tę notkę, Martin wparował do mojego pokoju z pożegnalnym prezentem – postanowili mi go dać teraz, bo bali się, że później mogliby zapomnieć... Jak ich znam, to pewnie tak by się stało. Podarowali mi piękne zdjęcie tegorocznych fajerwerków w Sydney!!! Hahaha, nawet nie wiedziałam, że wyglądały aż tak pięknie, bo z naszego miejsca nie mogliśmy objąć wzrokiem całego widoku... Dobrze, że poprosiłam Martina o nagranie całego wydarzenia w telewizji. Ale oni są kochani!

Wracam już do pierwszej godziny Nowego Roku. Zaraz po fajerwerkach zebraliśmy wszystkie nasze rzeczy i, półśpiący, skierowaliśmy się w stronę stacji kolejowej. Nie zaszliśmy długo. Wpakowaliśmy się w środek ludzkiego korka. Spróbujcie sobie wyobrazić jak milion ludzi przemieszcza się z jednego miejsca, do drugiego, wszyscy w tym samym kierunku, na tej samej ulicy... Młodsi, starsi, nawet dzieci w wózkach, ludzie przeróżnego wieku i narodowości. Przeż dużą czasu trzymaliśmy się wszyscy sześcioro za ręcę albo plecaki, żeby się nie zgubić.

Na szczęście jak już dopchaliśmy się do pociągu, nie było tak źle. Chyba zostaliśmy w tyle, bo pociąg nie był bardzo przepełniony. Powiem, że nawet mieliśmy miejsca siedzące! A nasza stacja była ostatnia. Całą drogę powrotną do Newcastle przespałam. No dobra, z przerwą na jedzenie Maltesers’ów, bo byłam głodna.

Ta wycieczka do Sydney była wspaniałą przygodą i nigdy jej nie zapomnę! Once in a lifetime... Czasem fajnie jest zrobić to samo, co 1.7 mln innych ludzi.